Powrót do strony głównej

 

Wspomnienia

HALINY SZEMPLIŃSKIEJ, żony STEFANA

Halina

 

 

            Mój dom rodzinny był domem w którym moje dzieciństwo było najcudowniejsze pod słońcem. Było nas sześcioro, a więc stale nowe pomysły, nowe zabawy, nowe odkrycia tego co nas otaczało. Rodzice nas bardzo kochali, ale i nie rozpieszczali, dom był średnio zamożny, ojciec nauczyciel wiejskiej szkoły, pełnił rolę wychowawcy kilku klas, był odpowiedzialny za całość w sensie materialnym i moralnym wobec swoich uczniów.

Obok szkoły było nasze mieszkanie, dwa pokoje, kuchnia olbrzymia sień i ganek. Wokół był sad i kwietny ogródek gdzie najczęściej bawiliśmy się jako dzieci.

Ja byłam przedostania, a więc dzieckiem którym starsze rodzeństwo powinno się opiekować. Z tamtych odległych lat widzę mój dom i wspominam go z wielką   z wielką serdecznością. Widzę go bardzo wyraźnie jako coś dla mnie kochanego i pełnego uroku. Rodzice z pewnością mieli wiele kłopotów z nami, z sytuacją materialną i z sytuacją kraju. Urodziłam się w 1914 roku, a więc tym roku w którym rozpoczęła się I wojna światowa.

Okres który pamięta jest okresem mojego wczesnego dzieciństwa, najbardziej pamiętam pokój stołowy w którym najczęściej przebywaliśmy, wielki stół, który dla mnie był olbrzymem, budził we mnie podziw gdyż czasami stawał się tak duży, że drugie tyle osób mogło przy nim siedzieć, a ja musiałam się mocno wspinać na palce by zobaczyć co na nim stoi. Nad stołem była lampa naftowa z olbrzymim białym kloszem, lampa sprawiała, że w całym pokoju stawało się jasno, ciepło, przytulnie. Wieczorami zbieraliśmy się wokół stołu, mama z nieodłączną robótką czy cerowaniem naszych ubrań, my przy zabawie lub klejeniu nowych zabawek, a ojciec głośno czytał.

Był to okres kiedy o radiu jeszcze się nie śniło. Powieści, nowele czy poezje czytane przez ojca pamiętam do dziś. Dokładnie pamiętam urywki z Sienkiewiczowskiej Trylogii, szczególnie te w których występowała Horpyna, Bohun i Helena, to było dla mnie coś wspaniałego. Pamiętam wiersze Staffa, a niektóre wryły mi się w pamięć do dziś, a także arie Moniuszki, które ojciec wyśpiewywał lub grał na skrzypcach. Takie wieczory były w naszym domu zimą. Inaczej było latem, gdzie większą część dnia spędzaliśmy na powietrzu, a więc wycieczki do lasu, gdzie mama opowiadała nam masę bajek i wprowadzała w krainę baśni i czarów. Podglądaliśmy życie owadów, poznawaliśmy drzewa, krzewy maleńkie roślinki i to wszystko co wokół nas się działo. A powodów do zabaw mieliśmy mnóstwo. Piękne to były czasy, gzie każdy dzień przynosił coś nowego do naszego bujnego życia. Naprawdę byliśmy bardzo zgraną gromadką, nie byliśmy sami, przecież wokół nas była masa dzieci z którymi bawiliśmy się często. Dzieci wiejskie z tamtych lat były bardzo nieśmiałe, a pyzatym nie miały czasu na zabawy. Moi bracia mieli jednak kilku towarzyszy zabaw, którzy często do nas przychodzili.

Smutno i pusto zrobiło się w domu gdy nasz najstarszy brat wyjechał  do gimnazjum do Warszawy. Na wszystkie ferie przyjeżdżał do domu. Przez kilka miesięcy nabrał przyzwyczajeń od środowiska w którym przebywał, było z tego powodu dużo śmiechu ale i zazdrości, szczególnie na słowo „ależ” które powtarzał w każdym zdaniu. Brat imponował nam gimnazjum, Warszawą uniformem szkolnym, czapką itp.,   ale tego „ależ” nie mogliśmy ścierpieć  i aby go oduczyć zaczęliśmy na każde jego „ależ” mówić głośno i chóralnie „talerz”. Jeszcze smutniej się zrobiło gdy i drugi brat wyjechał na stancję do Warszawy. Ten drugi brat był moim najlepszym towarzyszem zabaw, był tylko o trzy lata starszy ode mnie.

 Wtedy zaczęłam się uczyć już czytać, zaczęłam pierwszą klasę u mego ojca, a to nie trwało długo, gdyż po kilku dniach zostałam przez ojca ukarana za rozmowę wobec całej klasy. Było to dla mnie tak bolesne, że już więcej do szkoły mego ojca nie poszłam. Byłam bardzo upartym dzieckiem i nie poszłam więcej na lekcje.

W tym okresie mieliśmy dużo niepowodzeń wczesną wiosną zostaliśmy okradzeni przez nieznanych sprawców. Zostaliśmy dosłownie bez niczego, ukradziono nawet nasze dziecinne paltka i sukienki. Zabrano dosłownie wszystko.

Po tej kradzieży rodzice postanowili przenieść się do Warszawy. Rodzice stracili wszystko co posiadali, a szalejąca w tym czasie inflacja powodowała, że marka polska nie była nic warta, mimo tego wyjechaliśmy do Warszawy i życie potoczyło się dalej.. Nowe warszawskie mieszkanie było bardzo skromne i znajdowało się na peryferiach miasta. Zamieszkaliśmy co prawda z dala od śródmieścia, ale to nie było tym co zostawiłam na wsi. Mieszkaliśmy tuż przy łazienkach od strony Siedlec. Mieszkanie nie było tak obszerne jak tamto na wsi, ale ponieważ zaczęłam się uczyć w pobliskiej szkole na ul. Belwederskiej poznałam nowe środowisko i jakoś przywykłam.

Moi bracia już byli z nami, a więc cała gromadka była w komplecie i wszystkie wolne chwile spędzaliśmy na wspólnych zabawach. Bracia moi byli w gimnazjum, starsza siostra także. Nasze niedziele i dni wolne od zajęć szkolnych przeznaczaliśmy na oglądaniu wystaw, chodzenie do kina „Miejskie” przy ulicy Długiej, gdzie wyświetlano filmy o tematyce popularno naukowej. Lubiliśmy wspólnie zwiedzać Warszawę i jej okolice. Na takie wycieczki szła nas cała gromada, gdyż oprócz nas szły też wszystkie dzieci z podwórka. Zimą wspólnie chodziliśmy na sanki do pobliskiego parku „Szustra”. Na początku przyjazdu do Warszawy w „Promenadzie” odbywały się zabawy tzw. Festyny. Chodziliśmy na ślizgawkę do ….  i do Parku Sportowego na Agrykoli, tam także jeździliśmy na sankach, a w kilka lat później moi bracia chodzili na narty. W tym okresie moi bracia byli harcerzami, a ja usilnie chciałam wstąpić do ZHP. Udało mi się i wstąpiłam do 32 Drużyny Harcerskiej przy szkole powszechnej na ul. Chełmskiej. Mój starszy brat był tam także w 55 DH męskiej. Od tej pory wyjeżdżałam rok rocznie na obozy. Wkrótce zostałam zastępową. Opiszę  mój jeden z obozów, był on w posiadłościach hrabiego Gołuchowskiego tuż nad granicą polsko-sowiecką w Husiatynie nad Zbruczem. Harcerstwo dało mi bardzo wiele tak, że po kilku latach zostałam przyboczną, a później drużynową. Pracowałam z wielką ochotą,, wokół harcerstwa gromadzili się ludzie których do harcerstwa kierowała bezinteresowność. Klu całorocznej pracy był obóz, do wyjazdu  przygotowywaliśmy się przez cały rok. W mojej drużynie większość dziewcząt była z rodzin robotniczych w wieku 8-14 lat , ale były i starsze które tak bardzo pokochały pracę w drużynie, że nie chciały z niej odejść. Dziewczęta nie zawsze mogły wyjechać na obóz, gdyż rodziców nie stać było zapłacić za pobyt na obozie. Więc przez cały rok staraliśmy się na ten obóz zarobić, urządzaliśmy przedstawienia, zabawy, loterie fantowe itp. Imprezy, aby każda z dziewcząt mogła na obóz pojechać. Dziewczęta były bardzo ambitne, a sprawy finansowe były rozpatrywane na radzie drużyny, a później z rodzicami. Wiele dziewcząt nawet się nie domyślało, że jadą za darmo. Ta praca była pracą marginesową, gdyż miałyśmy swój program wychowywania w patriotyzmie do Ojczyzny, ale o tym się nie mówiło to się czuło.

Drużyna nosiła nazwę Marii Piłsudskiej, Matki Marszałka, tak mówił Marszałek o swojej Matce:

„ Gdy jestem w rozterce z sobą, gdy okoliczności przeciwko mnie, wtedy pytam swojej Matki jakby ona mi

    radziła i czynię to jakby Ona sobie tego życzyła”

I myśmy także służyły Ojczyźnie wychowując na dzielnych, szlachetnych ludzi te młode pokolenia dając im za przykład ludzi Wielkich, którzy służyli Ojczyźnie. Uczyliśmy kochać Ojczyznę podając przykłady ale nie szafując słowem Ojczyzna. Z takich to ludzi młodych i w ten sposób przygotowanych w czasie najazdu na Polskę tworzyły się „Szare szeregi”.

            A więc zostałam harcerką a wraz ze mną moja najmłodsza siostra. Jak już wspomniałam wyżywałyśmy się w harcerstwie. Rok rocznie wyjeżdżaliśmy na obozy, poznawaliśmy Polskę. Naszym programem było poznawanie Kraju, ludzi mieszkających na danym terenie, zbieranie baśni, legend pieśni itp. Dla ludności miejscowej codziennie urządzaliśmy ogniska na które przygotowywaliśmy się bardzo starannie. Okoliczna ludność lubiła do nas przychodzić, często słyszałyśmy wiele ciepłych słów.

            Jak już wspomniałam pierwszym obozem był obóz w Husiatynie nad Zbruczem na Podolu. Po drodze zwiedziliśmy Lwów, byłyśmy na cmentarzu Orląt Lwowskich, był to rok 1928 lub 29. Obóz był położony w parku Hrabiego Gołuchowskiego, na polanie przed ruinami pałacu rozbiłyśmy nasz obóz. Pałac został zburzony w czasie działań wojny światowej, pozostało wiele oznak przebytej wojny jak okopy w parku, groby.

             Granicy sowieckiej miałyśmy około pół do jednego kilometra, położenie obozu w pięknej scenerii oraz niedaleko od nas stały posterunek KOP-u, a nieraz strzały w okolicy napełniały nas jakąś niesamowitością i rozwijało naszą wyobraźnię, wiedziałyśmy, że na tych terenach w czasie  wojny  trwały walki czego dowodem były ruiny pałacu. W następnym roku obóz miałyśmy kilkadziesiąt kilometrów dalej, także niedaleko granicy, nie pamiętam nazwy miejscowości w której wtedy rozbiliśmy nasze namioty. Obóz znajdował się na terenie małego zameczku obronnego służącego do obrony przed napadami Turków na nasze ziemie na Podolu. Oczywiście z tamtych lat z zameczku zostały prawie same ruiny, część fosy i wzniesienie na którym kiedyś stał zamek.

            Sceneria była niesamowita, a nasze ogniska w takim unikalnym otoczeniu przesiąkniętym historią sprzyjała i rozwijała miłość do Ojczyzny. Na nasze ogniska przychodzili jak już wspominałam goście, okoliczni mieszkańcy i okoliczna młodzież. Szczególnie młodzież z którą się bardzo zaprzyjaźniłyśmy, uczyli się od nas piosenek i razem z nami je śpiewali. Na zakończenie ogniska śpiewaliśmy razem z nimi kołysankę „Idzie noc” i odmawialiśmy pacierz.

Potem wszyscy w kompletnej ciszy rozchodziliśmy się  oni do domów, my do naszych namiotów. Od tej chwili w obozie zalegała całkowita cisza, którą rozchodzący do domów goście respektowali. Nas cisza nocna obowiązywała do rannej pobudki. Najbardziej podniecające i raczej lubiane były warty nocne. Nad obozem musiałyśmy czuwać, musiałyśmy ochraniać nasz uśpiony obóz przed czymś lub przed kimś, kto chciałby ten nasz obóz podejść. Przyjemnie było mieć wartę o świcie wtedy gdy gwiazdy zaczęły zanikać, gdy wszystko wokół nabierało właściwych barw i kształtów, a później wschód słońca, to było niezapomniane zjawisko. Uczęszczałam w tym okresie do szkoły podstawowej, a naszą drużynową i komendantką obozów była druhna Janina Smolakówna. Później były inne drużynowe, inne obozy raczej rozbijaliśmy je w Polsce centralnej. Jako drużynowa prowadziłam także obozy, jeden jaki zapamiętałam był około 30 kilometrów  na północ od Wilna, też nie pamiętam nazwy miejscowości, w tamtejszych lasach, nieopodal leśniczówki. Przyjechaliśmy ze swoim dobytkiem (namioty, zapasy żywności, sprzęt pomocniczy itp.) na teren zupełnie nieznany, przedtem tylko umówiony z leśniczym i pod jego opiekę czyli miał nam wskazać miejsce założenia obozu, maił załatwić przydział drewna na urządzenie prycz, jadalni oraz urządzenie kuchni, a więc cegieł, glinę same znaleźliśmy. Po przyjeździe zatrzymaliśmy się w stodole leśniczego, aby następnego dnia zacząć urządzać obóz.

            Nigdy w obozie się nie nudziłam, a jako komendantka obozu zawsze miałam moc zajęć. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam Wilno zwiedziłam go wraz ze wszystkimi dziewczynami. Wilno mnie olśniło. Do dziś pamiętam Bramę Ostrobramską, w której mieścił się cudowny obraz Matki Boskiej. Pamiętam jak jadący na rowerach ludzie schodzili z rowerów, zdejmowali czapki i przechodzili przez Bramę, a także jak niektórzy klękali na jezdni i modlili się do Matki Boskiej. Weszłam na górę do Kaplicy, zaczęło się nabożeństwo, przed ołtarzem dwoje ludzi , on i ona skromnie ale elegancko ubrani, słuchali mszy świętej, podczas której udzielił im ślubu ksiądz prowadzący mszę. Samo miejsce zrobiło na mnie silne wrażenie, spokój, cisza i ta wielka dostojność.

            Drugi obóz, który prowadziłam był na Suwalszczyźnie nad jeziorem Blizne. Obóz rozbiłyśmy nad jeziorem na wzgórzu, miejsce było prześliczne, nieopodal znajdowały się zabudowania gospodarskie. Obozy organizowane były przeważnie w lipcu i trwały cały miesiąc. Miałyśmy pełne ręce roboty, pomagaliśmy najbiedniejszym gospodarzom w zbieraniu zboża. Któregoś dnia w polu zaskoczyła nas burza, usłyszeliśmy tylko jeden grzmot i to dość niedaleko od nas. Po chwili ktoś jadący na rowerze zawiadomił nas, że w parku piorun uderzył jakiegoś wieśniaka. Pobiegłyśmy z apteczką we wskazanym kierunku. Okazało się, że jedyny piorun trafił w łańcuch  którym chłop prowadził krowę chcąc ją przed burzą przyprowadzić do domu. Udzieliliśmy pomocy poszkodowanemu, on sam zupełnie nie mógł sobie wytłumaczyć czemu go tak Bóg pokarał, był z tego powodu bardzo nieszczęśliwy. Opiekowałyśmy się nim codziennie, przynosiliśmy mu obiady, gdyż jego żona zajęta była w polu. Ponieważ biedak nie mógł sobie dać rady poszłam do księdza i opowiedziałam mu o biedaku i poprosiłam, aby coś zrobił. Ksiądz przyszedł do niego, pobłogosławił dom i domowników i to podziałała na chłopa.

            Zbierałyśmy wiadomości od ludzi o dziejach okolicy, zbierałyśmy baśnie, legendy. Niejednokrotnie urządzałam dziewczętom także niespodzianki, np. alarm nocny, po zbiórce koców przeprawiłyśmy się łodziami przez jezioro na drugi brzeg i biwakowaliśmy w lesie. Spałyśmy owinięte w koce przy ognisku na polance porośniętej czarnymi jagodami. Rozpoczęłam pracę w P.Z.H. na ulicy Chocimskiej mając już skończone 23 lata (wrzesień 1937 r.). Wstąpiłam do harcerek gdy byłam już w 5 oddziale szkoły podstawowej na placu Trzech Krzyży, rodzice przenieśli mnie tam z ul Belwederskiej, gdyż po incydencie z jakimś chłopcem nie chciałam tam więcej chodzić. Nowa szkoła była tylko dla dziewcząt, najczęściej do szkoły chodziłam z Sułkowickiej na której mieszkaliśmy ulicami: Belwederską, al. Ujazdowskimi do Placu Trzech Krzyży. Kiedyś idąc do szkoły spotkałam Marszałka idącego naprzeciw mnie w al. Ujazdowskiej nie dochodząc do Bagateli, jeszcze kilka razy widziałam Marszałka jadącego do Belwederu samochodem z żoną i córeczkami, był dla mnie wielkim Bohaterem. Jego śmierć była dla mnie wielkim przeżyciem, gdy wyprowadzali Marszałka z Belwederu byłam w al. Ujazdowskiej i w ten sposób żegnałam Go w wielkiej masie ludzkiej. Przed  zakończeniem Szkoły wzięłam udział w wycieczce. Wyjechałyśmy całą klasą do Poznania na Targi (1928 rok), a następnie do Gniezna, Torunia i nad morze do Gdyni, w czasie mojego pobytu Gdynia byłą jeszcze wioską do budowy portu dopiero się przygotowywano. Zwiedziliśmy Puck, Hel oraz Gdańsk. W Gdańsku najbardziej podobały mi się kamieniczki z tarasikami prowadzącymi do domu nad kanałem ze sklepami z wyrobami bursztynowymi. Pokazano nam okno na facjatce domu w którym jakoby pochodziła bohaterka powieści dla dziewcząt „Panienka z okienka”. Po Wojnie byłam tam chcąc odtworzyć dawne wspomnienia, ale to już nie było możliwe.

W następnym roku zaczęłam chodzić do Gimnazjum pani Rybickiej, matka moja zapisała mnie do 4 klasy, było to gimnazjum matematyczno-przyrodnicze. Do tego gimnazjum chodziłam 3 lata. Po otrzymaniu małej matury (6 lat gimnazjum) zapisałam się do Liceum Chemicznego, było to jedyne Liceum w Polsce przygotowujące młode pracownice do pracy laboratoryjnej. Ukończyłem je w 1934 roku zdobywając tytuł technika-chemika. Ponieważ o pracę było trudno i przez 3 lata nie pracowałam, w tym czasie pracowałam w Harcerstwie prowadząc drużynę i aby mieć swoje pieniądze udzielałam lekcji. W 1937 roku przez moją byłą dyrektorkę panią Bobrową otrzymałam pracę w PZH na Chocimskiej. Ponieważ praca ta (kontrola leków hormonalnych) polegała na operacji zwierząt musiałam poznać i opanować techniki i metody operacji. Wojna we wrześniu 1939  całkowicie zmieniła moje życie przynosząc mi wiele strasznych przeżyć i nieszczęść w mojej rodzinie.

W sierpniu jak zwykle rodzina jeździła na wakacje, które spędzaliśmy w Choszczówce pod Warszawą. Teraz Choszczówka jest na terenie Warszawy ale wtedy była miejscowością do której dojeżdżało się z dworca gdańskiego podróż trwało około godziny wraz z dojazdami z miejsca zamieszkania tj. ul. Pogodnej 6 m2. Wynajęliśmy tam pokój z kuchnią, było to na uboczu Choszczówki w stronę Henrykowa, tuż na polanie przed lasem.

Z wakacji wróciłam wraz z bratem 1 września do pracy, nic nie wiedząc o wybuchu wojny i wtedy tuż po przy dworcu w Warszawie złapał nas alarm lotniczy.

Moja rodzina składała się z Matki, Ojca już emeryta,

brata Kazimierza – był instruktorem harcerskim jednocześnie pracował w zarządzie ZHP jako księgowy (ta ostatnia praca była pracą zawodową),

brata Stefana – który po ukończeniu studiów (geodezja) pracował od kilku lat w Pruszkowie, a potem w Częstochowie. Jego posada była dobrze płatna (500zł), co na ówczesne czasy było dużo.

Najmłodszy był Jan w chwili wybuchu wojny ukończył I rok szkoły średniej w Gimnazjum Staszica na ul. Polnej.

Marysia  siostra, pomagała matce w domu, Zosia pracowała. Jak już powiedziałam mieszkaliśmy na Pogodnej, Stefek , który pracował w Częstochowie w pierwszych dniach września powrócił do Warszawy pieszo uciekając przed Niemcami. W Warszawie mieszkał na ul. Służewskiej 2 u pana Ignacego Wołkowicza, który był działaczem harcerskim m.in. sekretarzem wojewody Grożyńskiego gdy był naczelnikiem męskiego harcerstwa. Około 7 września gdy ogłoszono aby wszyscy mężczyźni opuścili Warszawę zrobił to, powrócił już po kapitulacji Warszawy. Ja w pierwszych dniach zaangażowałam się do organizowania szpitalika w szkole Wawelberga na Mokotowskiej tuż za kościołem Zbawiciela. Był to harcerski punkt, jedna z fili szpitala wojskowego Ujazdowskiego, takich szpitalików było bardzo dużo na terenie Warszawy prowadzonych przez harcerki, a powstałych jak grzyby po deszczu, gdy Warszawa postanowiła się bronić. Ponieważ nie byłam pielęgniarką zajęłam się organizowaniem i prowadzeniem od strony administracyjnej, zresztą robiłam wszystko co było trzeba. W szpitaliku właściwie mieszkałam, wybiegałam tylko do domu by zobaczyć się z najbliższymi. Rodzice znieśli do piwnicy fotele i kanapy i urządzili sobie wygodne lokum przed nalotami. Było to już nie pamiętam daty, ale cały szpitalik był pełen ranny, kiedy pod wieczór po bardzo ciężkim nalocie płonął kościół Zbawiciela, płonęły dwie wieże, wokół było jasno, a nam się zdawało, że ogień jest tuż, tuż, słychać było trzask palącego się drzewa. W szpitaliku dosłownie zapanował popłoch wśród chorych. Wynosiliśmy ciężko chorych na korytarz, aby przygotować ich do ewentualnego ewakuowania. Lżej ranni sami sobie radzili i wychodzili na korytarz i klatkę schodową. Pożar Kościoła trwał całą noc, ale się nie rozprzestrzeniał, płomienie buchały w górę, pogoda była wspaniała i bez wiatru. Ze szpitalika wybiegłam do domu, w tym czasie trwał nalot i bombardowanie i ostrzeliwanie Marszałkowskiej mniej więcej od Puławskiej. Gdy się uspokoiło pożegnałam rodzinę i pobiegłam do szpitalika. To co zobaczyłam na Marszałkowskiej do Zbawiciela było wstrząsające. Na ulicy pełno ciał lub tylko części ciał, szpitalik ocalał, gdyż był osłonięty domami przy Marszałkowskiej, które najbardziej ucierpiały. Żyliśmy tak z dnia na dzień niepewni dnia i godziny, niespokojni swoich najbliższych. Wreszcie zawieszenie broni. Zastanowiła nas cisza i spokój. Nie wiedzieliśmy co to miało oznaczać, nikomu nie przychodziło do głowy, że mogliśmy się poddać, raczej snuto inne przypuszczenia, ale najbardziej nam odpowiadające – pomoc z zachodu. Niestety  stało się najgorsze. Nasi żołnierze jeszcze jakiś czas byli pod naszą opieką. Karmiliśmy ich jak tylko się dało. Chorych było dużo, byli bardzo mili, żartowali aby i nam umilić życie, gdyż wiedzieli, że staramy się  bardzo, aby im było dobrze, czytałyśmy im urywki z książek lub opowiadałyśmy baśnie. Byli to przeważnie zwykli żołnierze, którzy gdzieś mieli swoich najbliższych i także o nich byli niespokojni. W jednej Sali wisiał portret Marszałka, był to portret olejny średniej wielkości. Wspaniały portret. Ponieważ byłam do końca likwidacji szpitalika postanowiłam ten portret zabrać. Niestety w czsie Powstania portret spłonął na Chłodnej u mojej przyjaciółki Ady.

Już po kapitulacji któregoś dnia znalazłam się w dzielnicy żydowskiej, właśnie tamtędy maszerowało wojsko niemieckie na defiladę na Placu Piłsudzkiego, którą przyjmował Hitler. Słysząc, że ma być przemarsz wojsk niemieckich weszłam do bramy by nie być tego świadkiem, które dla mnie było widowiskiem bardzo upokarzającym. Ze wszystkich domów zamieszkałych przez żydów wybiegła młodzież i cała gawiedź żydowska aby zobaczyć wkraczających Niemców.

Zaczęłam nadal pracować na Chocimskiej, profesor Szulc przekazał swą funkcję Niemcowi, który stał się naszym dyrektorem. Przy wejściu postawiono warty niemieckie.

Pod koniec listopada a może na początku grudnia brat mój Stefan dostał wiadomość od swojej narzeczonej, która mieszkała w Inowrocławiu, że znajduje się wraz z rodziną w Skarżysku gdyż zostali przez Niemców wysiedleni, są bez niczego i nie mają środków do życia. W rodzinie postanowiono żeby brat nie jechał sam, było to bardzo niebezpieczne i abym mu towarzyszyła. Wyjechaliśmy z Warszawy zaopatrzeni w co się tylko dało, głównie w ciepłe rzeczy i pieniądze. Ponieważ w Skarżysku nie zastaliśmy wspomnianej rodziny(już nie pamiętam nazwisk), więc brat pojechał furą do miejscowości w której Ci państwo znaleźli zakwaterowanie.  

 

Powrót na początek strony